W społeczeństwie opętanym kultem samorealizacji i natychmiastowej gratyfikacji, trwały związek przestał być marzeniem, a stał się niemal reliktem przeszłości. Statystyki są bezlitosne – ogromna liczba małżeństw nie jest w stanie przetrwać nawet pierwszego poważnego kryzysu. Gdzie leży przyczyna tej epidemii samotności wśród ludzi formalnie będących razem? Odpowiedź jest gorzka: zatraciliśmy sens wspólnej drogi, zamieniając miłość w transakcję, a partnera w towar, który ma spełniać wyśrubowane, często sprzeczne oczekiwania.
Fałszywy cel: Poszukiwanie idealnego „produktu” zamiast budowania wspólnej drogi
Współczesny singiel, przeglądając nieskończone katalogi profili w aplikacjach randkowych, bardziej przypomina klienta w supermarkecie niż człowieka szukającego drugiej osoby. Szuka idealnego „produktu”: bogatego, przystojnego, zawsze uśmiechniętego, o nieskazitelnej przeszłości i gwarantowanej, bezkonfliktowej przyszłości. To podejście jest fundamentalnie błędne i stanowi pierwszą przyczynę kryzysu.
Związek to nie cel, lecz droga – wspólna, często kręta i wymagająca, podróż dwojga ludzi. Myślenie, że po znalezieniu „tej jedynej” lub „tego jedynego” rozpocznie się życie bez problemów, jest złudzeniem, które prowadzi do gorzkiego rozczarowania. Prawdziwe szczęście w relacji nie polega na bezproblemowym dotarciu do mety, ale na wspólnym pokonywaniu trasy – ze wszystkimi jej wzlotami, upadkami i niespodziankami.
Konsumpcjonizm uczuć – to podejście doskonale oddaje porównanie małżeństwa do… leasingu samochodu. Gdy „model” się znudzi, przestanie spełniać oczekiwania lub wymagać będzie zbyt wiele nakładów (czytaj: pracy, kompromisów), rozglądamy się za nowszym, lepszym egzemplarzem. Taka postawa zabija samą istotę miłości, która rośnie przez wspólne „umieranie” dla własnego ego i służbę drugiej osobie każdego dnia.
Hipokryzja „single baiting’u”: strach przed autentyczną deklaracją
Nic lepiej nie ilustruje duchowego rozbicia i lęku przed prawdziwą bliskością niż zjawisko „single baiting’u”. Polega ono na tym, że osoby będące w związkach, przebywając na imprezach czy wakacjach, celowo ukrywają swój związek, zachowując się jak osoby wolne. Dlaczego to robią?
Chęć poczucia „iskry” – gdy w stałym związku uczucia stają się bardziej stateczne, niektórzy szukają dreszczyku emocji i potwierdzenia swojej atrakcyjności w uwadze obcych osób.
Ucieczka od problemów – zamiast konfrontować się z kryzysem w relacji, wolą badać grunt na zewnątrz, szukając potencjalnej „zapasowej” opcji.
Brak odwagi do definiowania relacji – tkwią w nieokreślonych „sytuationship”, gdzie druga strona nie angażuje się w pełni, więc oni również wolą udawać wolnych.
To zachowanie to czysta relacyjna hipokryzja. Osoba taka chce czerpać korzyści ze stałości związku (poczucie bezpieczeństwa, wsparcie), ale jednocześnie nie chce ponosić jego kosztów (lojalność, rezygnacja z flirtu). Jak zauważają psychologowie, taka postawa to często pierwszy krok do zdrady i zawsze jest sygnałem poważnych problemów w relacji. Udajemy przed sobą i światem, że jesteśmy kimś, kim nie jesteśmy, tylko po to, by uniknąć konfrontacji z rzeczywistością własnego związku.
Cement, a nie kredyt: siła rodzi się w kryzysie
Gdzie więc leży prawdziwa siła związku? W odwrotności do kultu łatwości i perfekcji. Prawdziwa więź cementuje się nie podczas wspólnych wakacji na Malediwach, ale wtedy, gdy przychodzi bankructwo, ciężka choroba, żałoba czy rodzicielskie wyczerpanie.
Stare, mądre przysłowie mówi: „Dobrą żonę poznasz przy bankructwie męża, a dobrego męża przy chorobie żony”. W tym jednym zdaniu zawarta jest głęboka prawda o miłości. Miłość to akt woli, a nie tylko uczucie. To decyzja o tym, by być opoką, gdy druga osoba jest krucha. To wspólne dźwiganie ciężaru, który dla jednej osoby byłby nie do uniesienia.
Związek oparty na transakcji („daję tyle, ile otrzymuję”) rozpadnie się przy pierwszej poważnej nierównowadze.
Związek oparty na wspólnej drodze i misji przetrwa, a nawet wzmocni się, bo kryzys odsłania jego prawdziwy fundament: bezwarunkowe wsparcie i zaufanie.
Kryzys nie jest końcem drogi. To mobilizacja i wezwanie do jedności. Pary, które przechodzą przez trudności, ucząc się przy tym zdrowej komunikacji, rozwiązywania konfliktów i pracy zespołowej, wychodzą z nich z więzią stokroć mocniejszą. Ignorowanie problemów, udawanie że ich nie ma, lub ucieczka w „single baiting” prowadzi tylko do emocjonalnego oddalenia, które jest jednym z najpodstępniejszych niszczycieli relacji.
Przebudzenie z iluzji
Kryzys współczesnych związków to w dużej mierze kryzys wartości i odwagi. Wybiera się dziś łatwą hipokryzję zamiast trudnej autentyczności. Wolimy udawać idealnych singli szukających idealnych partnerów, niż przyznać się do niedoskonałości i podjąć żmudną pracę nad niedoskonałą, ale prawdziwą relacją.
Czas odłożyć katalog z „idealnymi modelami” i zrozumieć, że prawdziwa miłość nie jest stanem wiecznej euforii, którą się konsumuje. To wspólny projekt, który się buduje. To codzienne wybory: szczerość zamiast przemilczeń, wysłuchanie zamiast oceny, wdzięczność za małe gesty i wspólne śmiechy nawet w trudnych czasach. To droga, na której dwoje ludzi, ramię w ramię, staje się silniejszych niż wszelkie przeciwności. A tej drogi nie znajdziesz w żadnej aplikacji randkowej – trzeba ją wydeptać własnymi, często potykającymi się, krokami.

Komentarze
Prześlij komentarz